Świeradów reaktywacja

Bike Maraton Świeradów Zdrój, 2 październik 2010r.

Już po raz drugi w tym sezonie maniacy dwóch kółek spotkali się w miejscowości, gdzie diabeł mówi dobranoc a największą rozrywką jest zarywanie panienek po 60 w pijalni wód zdrojowych. Wszyscy pałali żądzą odegrania się za to, że miesiąc wcześniej pokonali prawie 350 km tylko po to, żeby zobaczyć jak wybijają studzienki ściekowe a pan Grabek walczy z odpływającym balonem startowym. Po wejściu do sektorów startowych niektórzy byli tak szczęśliwi faktem, że woda nie wlewa im się do butów, iż nie wiedzieli w jakim kierunku mają się ustawić.

Początek wyścigu to luźny dziesięciokilometrowy podjazd pod Łącznik, który wszyscy pokonali z uśmiechem na twarzy oglądając piękne widoczki.

Pierwsze kilometry starałem się trzymać młodego Bucza, ale wolał towarzystwo jakiejś laski stojącej przy drodze i puścił mnie przodem. Dłuższa zajawka, wymiana rozmarzonych uśmiechów oraz telefonów spowodowały, że dogonił mnie dopiero po …. 200 metrach. Na końcu podjazdu obwieścił mi, że skoro jedziemy razem, to chyba jest to jego najsłabszy występ w tym sezonie. Nie chcąc dłużej stresować młodszego kolegi złapałem sobie kapcia i wlazłem w krzaki. Tam załamanego, zalewającego się łzami znalazł mnie Daro i słowami : ,,wyłaź z tych krzoków mamlasie jeden, jakby Sufa widzioł, że się opier…. zamiast robić punkty dla muszkieterów to nie dołby Ci nawet prenumeraty Magazynu Rowerowego, a o bidonie możesz już zapomnieć”.

Jedynym z naszego teamu, który znalazł się za nami był nasz prezes (w tym dniu pseudonim Miłosierny). Za punkt honoru postawił sobie podniesienie na duchu wszystkich startujących i przyjechać ostatni. Cztery razy przebił sobie dętkę, jednak jeszcze parę osób z kwiatami w kaskach znalazło się za nim wiec postanowił, że jeszcze cztery razy potnie sobie gumy. Łzy wzruszenia po wykonaniu dobrego uczynku uniemożliwiły trafienie w bramkę mety (szkoda, że konkurs fair play został rozstrzygnięty dzień wcześniej).

Trasa była szybka i prowadziła szerokimi szutrowymi drogami niesprawiającymi żadnych technicznych trudności.

A do mety prowadził piękny zjazd gdzie większość osiągała prędkości powyżej 70km/h.

Reszta teamu też chyba nie była za bardzo zadowolona ze startu, Michałowi Ligockiemu nie pomogła nawet magiczna mikstura (Enervit w żelu), Krzysztofowi Górnemu wręcz zaszkodziła, a Łukasz Kamerduła zapytany z promiennym uśmiechem czy jest zadowolony z wyniku odpowiedział coś pomiędzy ,,odpie…się, a spadaj” (wywnioskowałem, że chyba nie).

Dzień osłodziła nam impreza zorganizowana przez orga w celu zmiękczenia zawodników startujących nazajutrz w Karpaczu oraz ogłoszenia wyników konkursów ,,Fair play” i ,,Foto”

Wielkie brawa dla Bartka za zajęcie 3 miejsca w tymże konkursie.

Obawy żon Darka Tiferta i Michała Ligockiego, że zbyt dobrze będą się bawili (obaj dostali szlaban-pantoflarze) były bezpodstawne, bo tylko Lucyna nie znała umiaru (stwierdziła, że ma już ułożone włosy na dekorację w generalce i nie będzie się brudzić na maratonie w Karpaczu).

Wszystkim obecnym na imprezie dziękuję za towarzystwo i wspaniałą zabawę.

Zachęcam do zerknięcia w wyniki i galerię.

 

Tomek Ligocki.